|
sobota, 06 marca 2010
Pożegnanie z Chamonix. Przydatne wskazówki i porady
Ostatni dzień, niestety, znów wita nas gęstą mgłą i zacinającym śniegiem. Nie zamierzamy jednak odpuścić i pomimo trudnych warunków ruszamy do Brevent. W planach był Grands Montets, ale pogoda nie sprzyja wyprawom w tak wysokie partie gór. Mimo to, nawet na niżej położonej trasie, ostatni, pożegnalny zjazd odbywamy już niemal po omacku. Wracamy więc do miasteczka. Jest krótko po piętnastej. Mamy jeszcze sporo wolnego czasu, bo bus na lotnisko ma odebrać nas spod hotelu dopiero po 20.00. Idziemy więc do Chambre Neuf, baru aprés-ski przy dworcu kolejowym. Tam impreza trwa już na całego (normalnie ludzie gromadzą się tu dopiero po zamknięciu wyciągów ok. godziny 17.00). W środku panuje nieprawdopodobny ścisk. Na ścianie wisi wypchana głowa łosia i pojedyncze sztuki nart - pewnie pozostawionych przez pijanych gości :). Ludzie stoją nawet na parapecie. Po sali krążą dzbany, po brzegi wypełnione piwem. Leją się sznapsy. Tuż po piątej, na żywo zaczyna głośno przygrywać rockowa kapela. Większość bawi się w strojach narciarskich. Z żalem opuszczamy to miejsce i wracamy do hotelu, a stamtąd wprost na lotnisko w Genewie. Na do widzenia, z samolotu widzimy jeszcze malowniczy wschód słońca nad strzelistym szczytami masywu Mont-Blanc. Nie ma się co oszukiwać, wyjazd do Chamonix do tanich nie należy. Sprawdziliśmy jednak, jak złagodzić nieco koszty. Chcemy Wam też polecić kilka miejsc, które naprawdę warto odwiedzić, będąc w Chamonix. Oto przydatne wskazówki: Dojazd: Bardzo wygodnie i szybko do Genewy można dostać się samolotem. My lecieliśmy liniami Brussels Airlines z przesiadką w Brukseli - które od marca proponują promocyjne połączenia ze Szwajcarią (brusselsairlines.com). Są też loty przez Zurych. Inna opcja to autobusy kursujące z większości dużych miast w Polsce, bezpośrednio do Genewy - połączenia obsługiwane przez różne linie; bilet w dwie strony to ok. 450 zł; można poszukać np. na stronie www.biletyautokarowe.net). Niestety, drogi jest dojazd z lotniska do samego Chamonix. Jeżdżą tu jedynie prywatne busy. Odwożą i odbierają wprost spod hotelu (kierowca przyjeżdża na umówiony adres). Kurs trzeba jednak zabukować przez internet lub telefonicznie przynajmniej dzień wcześniej. - cham-van.com; 25 euro w jedną stronę (kurs z lotniska, bez wcześniejszego zabukowania, to 35 euro!) - www.alp-line.com; 28 euro - www.chamexpress.com; 25 euro - alpybus.com; 23,50 euro Noclegi: - Hostel 'Le Vagabond' w centrum Chamonix - www.gitevagabond.com; w sezonie zimowym ok. 50 euro za noc (w cenie obiad), w lecie noclegi nawet za ok.15 euro. - Ciekawe rozwiązanie proponuje francuskie stowarzyszenie UCPA Formation - tygodniowe pobyty "all-inclusive" w naprawdę konkurencyjnej cenie (www.ucpa.com), np.: * Cham ski hp - 820 euro (jazda z grupie 5-osobowej z przewodnikiem poza trasami - dla bardzo zaawansowanych; 6 noclegów, wyżywienie) * Ski/Snowboard hors-piste - ok. 700 - 750 euro w zależności od poziomu (jazda z przewodnikiem w łatwiejszych miejscach poza trasami, 6 noclegów, wyżywienie) Są też typowe kursy narciarskie i programy dla dzieci. Nocleg w Alpine Base Camp w samym centrum Chamonix. Informacja dla narciarzy: Prognozy pogody, informacje o wyciągach etc. - Office de Tourisme de Chamonix Mont-Blanc - www.chamonix.com - La Compagnie des Guides de Chamonix - www.chamonix-guides.com Oba znajdują się przy pl. du Triangle de l'Amitié, koło kościoła St-Michel. Przewodnicy: - La Compagnie des Guides de Chamonix - www.chamonix-guides.com; info@chamonix-guides.com (organizuje zjazd z Vallée Blanche, wycieczki na rakietach śnieżnych, wyprawy skiturowe, heliski, wyprawy alpinistyczne i wejścia na Mont-Blanc) - bezpośredni adres mailowy do naszego przewodnika: Gilles Fleury - gilles.fleury@freesbee.fr (sympatyczny facet, zna te góry, jak własną kieszeń; omijając biuro przewodników pewnie da się zorganizować takie wyprawy trochę taniej) - www.yak-yeti.com (biuro organizuje zjazd z Vallée Blanche, przejażdżki psimi zaprzęgami, speed riding - paragliding z nartami, snow kite) Gdzie jeść, pić i się bawić? - Poco Loco (rue du Docteur Piccard) - na dole pyszne kanapki, burgery na wynos, u góry klimatyczny bar - Mojo's (place Balmat) - świetne miejsce na śniadanie - dobra kawa i jeszcze lepsze kanapki - Le Bartavel, restauracja-pizzeria (rue du Docteur Piccard) - na obiad - smacznie i nie za drogo - Chambre Neuf (av. Michel Croz, vis-a-vis dworca klejowego) - na aprés-ski - ok. 17, po nartach, zbierają się tu tłumy, gra muzyka na żywo, piwo leje się strumieniami; naszym zdaniem najlepszy taki lokal w miasteczku! Vallée Blanche: Polecane jest tu wynajęcie przewodnika. Żeby zjeżdżać samemu, trzeba znać teren i mieć odpowiedni sprzęt (zestaw lawinowy, uprząż, linę itp.). Dołączenie do grupy z przewodnikiem kosztuje 75 euro; wjazd na Aiguille du Midi jest objęty karnetem "Mont Blanc Unlimited"; przy tańszej opcji 'Chamonix Le Pass', trzeba kupić osobny bilet - 41 euro. Sam zjazd jest łatwy (jeśli chodzi o umiejętności narciarskie, dobra forma fizyczna i doświadczenie na przygotowanych trasach, wystarczą). Trwa około. 3 godzin (razem z ok. 20-minutowym podejściem i przystankami). Cała wyprawa zajmuje pół dnia (ok. 9-14). Główny problem to dobrze trafić z pogodą, bo przy śniegu zawiewającym w twarz robi się mniej bezpiecznie, niż w pełnym słońcu. Warto mieć plecak, do którego można podpiąć narty (choćby za pomocą sznurka), bo kiedy kolejka na Montenvers nie działa (przy gorszej pogodzie), trzeba zaliczyć dość męczące podejście na sam koniec, a z nartami na ramieniu to naprawdę nie jest przyjemne! Le Mulet :) Jeżeli zdecydujecie się kiedyś wybrać do Chamonix, nie próbujcie przypadkiem szukać tajemniczego miasteczka Le Mulet. Nam zajęło to blisko pół godziny, kiedy w końcu okazało się, że nazwa - z francuskiego osioł - odnosi nie odnosi się do miejscowości, lecz do popularnego środka lokomocji - mini-busa, kursującego po miasteczku...
środa, 03 marca 2010
Aiguille du Midi i Vallée Blanche
7.00 zrywamy się z łóżek i patrzymy przez okno w stronę Aiguille du Midi. Choć nie ma słońca, widać szczyt! Według prognoz chmury mają się rozejść jeszcze przed południem. Spotykamy się przy dolnej stacji gondolki. Tłok panuje tu, jak na dworcu kolejowym. Trwa organizowanie grup, ubieranie uprzęży i detektorów lawinowych. Wagoniki zabierają kolejnych narciarzy. Pośrednia stacja, Plan de l'Aiguille, znajduje się na 2317 m. Jedziemy dalej, na 3842 m. Górna baza wykuta jest w skale. Aby dostać się z niej do miejsca, z którego można rozpocząć jazdę, trzeba przejść pod wierzchołkiem góry. Najpierw jeden tunel, potem nadwieszony most i kolejny tunel. Tu, przed wyjściem na zewnątrz, trzeba być już w pełni gotowym. Wiążemy się więc liną asekuracyjną, spinamy sprzęt i, po pokonaniu ostatniego, tym razem już lodowego tunelu, wychodzimy na zewnątrz. Silny, mroźny wiatr zawiewa śniegiem w twarz. Pierwszy, stromy odcinek trzeba pokonać na nogach. Idziemy granią gęsiego kilkadziesiąt metrów, trzymając się liny. Na wypłaszczeniu zapinamy sprzęt i ruszamy w dół. Widoczność kiepska, więc jedziemy blisko siebie. Wokół pełno świeżo nawianego śniegu. Przejeżdżamy pod kolejką gondolową, która łączy szczyt Aiguille du Midi z włoską stroną Alp. Po drodze mijamy pęknięcia w lodowcu. W niektórych miejscach to głębokie, ponad 50-metrowe przepaście. Większość to jednak kilkumetrowe wyrwy, wypełnione miękkim śniegiem. Gilles - nasz przewodnik - zwraca nam uwagę, w których miejscach mogą się znajdować. Pokonujemy kolejne odcinki Vallée Blanche. Większość jest raczej łagodna, ale przy panujących warunkach niebezpieczna. Nagle Gilles znika w połaci śniegu. Gdy podjeżdżamy bliżej, widzimy, jak gramoli się z kilkumetrowego dołu. Widać, że nawet najbardziej doświadczonych, na pozornie łatwej trasie może spotkać niemiła niespodzianka. Na szczęście nic się nie stało. Suniemy więc dalej, ale już teraz nikt nie chce jechać tuż za Gillem :). Przejeżdżamy przez wąskie pasmo pomiędzy skałami, na wysokości schroniska Refuge du Requin. Gilles opowiada, że w tym miejscu często schodzą kamienne osuwiska. Ma to związek z topnieniem lodowca. Dawniej wszystkie te skały pokrywała gruba warstwa lodu. Do 1999 roku można jeszcze było zjechać na sam dół doliny Chamonix, bez podchodzenia lub wyjeżdżania kolejką na najniższym odcinku Vallée Blanche. Teraz to już niemożliwe. Od tego czasu lodowiec stopniał o około 80 metrów. Dalej przejeżdżamy przez Mer de Glace - Morze Lodu. Spod rozwianego śniegu wyłaniają się szerokie płaty lodowej pokrywy, która ma około 600 metrów grubości. Gdzieniegdzie spod śniegu wystają też skały. Kilkadziesiąt metrów niżej, do Montenvers, na wysokość 1913 m., z centrum Chamonix - przez góry - dojeżdża pociąg. Niestety, z powodu złych warunków dziś kolej nie kursuje. Pozostaje nam więc ok. 20-minutowa wspinaczka. Zapinamy sprzęt do plecaków i idziemy pod górę. W końcu docieramy do miejsca, z którego można zjechać wprost do miasteczka. To ostatni, leśny odcinek zjazdu. Tu już niestety czeka nas głównie mokry śnieg, spod którego wystaje ziemia i kamienie. Tak dojeżdżamy do Chamonix. Po powrocie siadamy w jednej z restauracji przy głównej ulicy Paccard. Wspominając to, co działo się na górze dostrzegamy karnawałowy pochód przebierańców, który przy akompaniamencie bębnów wlewa się na plac Balmat. Jesteśmy nieco zdziwieni, ale kelnerka tłumaczy nam, że we Francji trwa właśnie karnawał, a dziś jego obchody trwają w Chamonix.
wtorek, 02 marca 2010
Les Houches
Pogoda znów okazuje się kapryśna. Przy dolnej stacji kolejki na Aiguille du Midi, z minuty na minutę gęstnieje tłum narciarzy i snowboardzistów. Wszyscy niecierpliwie spoglądają w ekran, na którym wyświetlany jest obraz z kamer zamontowanych na szczycie. Około 9.15, kiedy tłum jest już nieco przerzedzony, rusza gondolka. Niestety tylko do połowy - na 2317 m. Wyżej mgła i mocny wiatr. To nas nie urządza. Zmuszeni jesteśmy przełożyć wyprawę na jutro. Aby nie tracić dnia jedziemy do położonego zaledwie kilka kilometrów od Chamonix - Les Houches. Klimatem miejsce znacznie odbiega od freeridowych Brevent i Grands Montets. Znacznie bardziej przypomina typowy włoski lub austriacki ośrodek z szerokimi trasami. Słynie z czarnej, stromej trasy La Verte des Houches, na której odbywały się zawody Pucharu Świata. Teraz często rozstawiane są tam tyczki i organizowane treningi. Ciekawe, że na końcowym odcinku, w poprzek trasy przebiega jezdnia. To nieczęsty widok, na nas robi wrażenie. Od tego sezonu w Les Houches działa też snowpark DC - Area 43 - jeden z dwóch takich w Europie. Na trasie Col de Voza ustawiono kilka sporych rozmiarów kikerów. Są też boksy, kilka rurek, c-rail. Pomimo to miejsce uczęszczane raczej przez rodziny z dziećmi, szkółki narciarskie. Większość pozostałych tras jest raczej płaska. Szybko opuszczamy ten ośrodek i wracamy do Brevent. Tam jeździmy już do zamknięcia wyciągów. Po chmurach, które nad ranem przesłaniały wierzchołki gór nie ma już śladu. Znajdujemy tu wiele miejsc gdzie po krótkim podejściu można zjeżdżać po dziewiczym śniegu. Nie ma mowy o ściganiu za jazdę poza trasami. Przeciwnie w niektórych miejscach zamocowane są liny, ułatwiające wdrapywanie się na górę.
poniedziałek, 01 marca 2010
Les Grands Montets
Dzień trzeci. Na niebie od rana lampa. Wstajemy wcześnie. Słońce świeci tak, że nawet w drodze przez miasto nie zdejmujemy gogli. W dolinie piękna wiosna. Dziś wybieramy się na Les Grands Montets, aby na ponad 3 tys. m pojeździć w puchu. To prawdziwy raj dla freeriderów. Wprawdzie w broszurach czytamy, że całość obejmuje 29 km tras, ale po raz koleiny przekonujemy się, że podobnie jak Brevent wąskie nartostrady, bardziej przeszkadzają tu niż pomagają w jeździe. Szerokie stoki miękkiego puchu raz po raz przecina bowiem twarda serpentyna. Warunki jednak wymarzone. Na sam szczyt wjeżdża gondolka. Miejscami mocno chwieje. Po dotarciu na górę, po raz pierwszy od przyjazdu czujemy w końcu prawdziwego ducha gór. Lodowe nawisy spływają po wyrastających ze śniegu, ostrych wierzchołkach skał. Wieje mroźny wiatr. Zapinamy sprzęt i ruszamy. Po krótkim odcinku zjeżdżamy z trasy. Mijamy głębokie pęknięcia pokrywy, skalne urwiska i malowniczy lodowiec Argentiere. Trochę poniżej, schowane miedzy śnieżnymi nasypami murowano-kamienne schronisko w starofrancuskim stylu. Wewnątrz 14 miejsc noclegowych. My trafiamy akurat na porę obiadu. Okazuje się więc, że cały budynek wypełnia przeraźliwy smród sera, który w Chamonix Francuzi ładują niemal do wszystkich potraw. Charakterystyczny w tutejszych Alpach jest śnieg. Inny niż ten znany z Włoch czy Austrii. Nawet w najwyższych partiach, pomimo, że przewiany lodowatym wiatrem i mocno rozjeżdżony, utrzymuje się w grubej warstwie miękkiego puchu. Tu jeździmy cały dzień. W przerwie na obiad próbujemy w końcu francuskiego specjału Galette - gryczanego naleśnika z serem, szynką i jajkiem. Pod wieczór, kończąc wizytę w Les Grands Montets, myślimy już o hamburgerach z Poco Loco, najlepszego naszym zdaniem baru take-away w Chamonix. Jak wiele innych miejsc i on ma tu swoja legendę. W tym samym budynku znajduje się też klimatyczny Pub. O jego istnieniu trzeba jednak wiedzieć, bo trafić tam nie jest tak łatwo, jak do większości hałaśliwych pubów w centrum miasta. Można go z łatwością ominąć, myśląc, że poza szybkoobsługowym ( tylko z nazwy) barem nic więcej już tam nie ma. Warto sprawdzić samemu. Niestety z dnia na dzień, w Chamonix coraz bardziej irytuje nas ciągłe wyłudzanie drobnych opłat - za wszystko i na każdym kroku. Momentami czujemy się wręcz jak w Egipcie. Wieczorem myślami jesteśmy już jednak na Aiguille du Midi, na które ruszamy jutro z samego rana. Les Grands Montets to była dopiero rozgrzewka.
niedziela, 28 lutego 2010
Chamonix - chmury i deszcz
Nad ranem z ciężkich deszczowych chmur rozpadało się na dobre. Okoliczne szczyty zupełnie zginęły w gęstej mgle. Długo wahaliśmy się czy jednak nie wyjąć sprzętu i nie wybrać się w góry. Ostatecznie do zmiany planów przekonały nas informacje o tym, że większość wyciągów w najwyższe partie gór jest nieczynna. W tym rejonie Alp pogoda nie należy do stabilnych. Często wyczekiwanie na odpowiednie warunki do jazdy, przypomina czekanie surferów na wiatr. Najbardziej wytrwali, kiedy tylko się przejaśni, wychodzą nawet na godzinę przed zamknięciem wyciągów. My, aby nie marnować czasu poświęcamy część dnia na poszukiwania przewodnika, który poprowadzi nas przez ponad 20 kilometrowy odcinek, biegnący ze szczytu Aiguille du Midi, przez Valle Blanche z powrotem do centrum doliny. Biur oferujących takie usługi jest w Chamonix wiele. Po długich poszukiwaniach udajemy się w końcu pod najpewniejszy adres Stowarzyszenia Przewodników Chamonix Mont-Blanc. Wszędzie o nich głośno. Biuro działa przez okrągły rok. Siedziba stowarzyszenia mieści się tuż obok kościoła St. Michel, w budynku Domu Górskiego przy placu du Triangle de l'Amitié. Omawiając na miejscu szczegóły wyprawy, ustalamy termin, sprawdzając z przewodnikiem prognozy pogody na najbliższe dni. Dopiero wtorek zapowiada się w miarę stabilnie. Przez większość dnia ma świecić słońce. Umawiamy się więc na 8.40. Płacimy 75 EUR od osoby. Cena, prócz asysty przewodnika, obejmuje również zaopatrzenie w podstawowy sprzęt lawinowy. Oprócz nas, w grupie będą jeszcze cztery inne osoby. Ale to nie jedyna opcja. Jest też wariant "private" dla 2 (max 4) osób w cenie 283 EUR za całość. Przy okazji rozglądamy się też za innymi atrakcjami na kolejne dni. Wybór jest spory. Od skituringu przez ski-paragliding, kite-boarding po wspinaczkę wysokogórską oraz heli-skiing (w ofercie biur są również propozycje dla tych, którzy na co dzień adrenaliny mają i tak pod dostatkiem - wycieczki na rakietach śnieżnych, przejazdy psim zaprzęgiem czy loty widokowe helikopterem). Niestety w wielu przypadkach ceny zaporowe. Za jednodniowy kurs kite-boardingu w biurze "Yak et Yeti" trzeba zapłacić 168 EUR, a za ski-paragliding 120 EUR od osoby. Kończymy rekonesans i ruszamy w wąskie uliczki, pełne sportowych sklepów. Po pierwszym zauroczeniu okazuje się, że wcale nie ma tego aż tak wiele, jak się nam początkowo wydawało. Większość znanych firm, wykorzystuje markę Chamonix, wypuszczając specjalne serie ubrań z nadrukiem z nazwą doliny. Kupić można je tylko tu. To cenna pamiątka. Wybieramy wiec ulubione marki i robimy zakupy. W sklepach są w prawdzie wszystkie niemal wiodące firmy górskie, ale znacznie lepszy przegląd najnowszych trendów sezonu można zobaczyć na ulicach. Jak przystało na europejską stolicę freeridingu, w sklepach wszędzie mnóstwo sprzętu do jazdy poza trasami. Po drodze, przy rue du Docteur Piccard, jednym z głównych pasaży handlowych miasteczka, trafiamy do Beluga, kultowego snack-baru, ulubionego miejsca mieszkańców Chamonix. Zamawiając coś do zjedzenia pytamy o naklejki. Podobno po umieszczeniu ich na nartach czy desce od razu zyskuje się w oczach miejscowych. I my dostajemy po jednej. Deszcz powoli przestaje padać. Im bliżej wieczora, i zamknięcia wyciągów ożywają zimowe ogródki. Z każdego gra głośna muzyka, kłębią się ludzie. Większość pubów, po godzinie 16 uruchamia happy-hours, ściągając w ten sposób ludzi wprost ze stoków. Pociągając grzane wino, planujemy kolejny dzień. Dzień dobry Mont-Blanc
Już na lotnisku w Genewie wszędzie słychać było jedno tylko słowo: Chamonix. W busie, który dowiózł nas na miejsce, w rozmowach wciąż przewijały się wtręty o piątkowym szaleństwie, które tam na nas czeka. "Ski or board?" ("narty czy deska?"), zamiast standardowego "hi" lub "hello" na powitanie, od razu wprowadza nas w klimat. W miarę oddalania się od Genewy, w oczach rosną kolejne skalne masywy. To znak, że zbliżamy do doliny Chamonix. Miasteczko powitało nas spokojną, wieczorną atmosferą. Francuskie wille, utrzymane w charakterze alpejskiej architektury, wyglądały nieco sennie. W kilku barach i pubach tętniło wprawdzie życie, ale na "piątkowe szaleństwo" się nie zanosiło. Rzeczy wrzuciliśmy do hotelowego pokoju. Sprawdziło się to, co przeczytaliśmy na internetowej stronie. Przytulny hotelik, w samym centrum, około 100 metrów od kolejki na Aiguille du Midi, tuż przy głównym placu, na którego środku stoi rzeźba Horacego de Saussura i Jacquesa Balmata. Ostatni z nich, wspólnie z Michelem Piccardem, w 1786 jako pierwszy zdobył Mont-Blanc. Z kolei Saussur określił wówczas wysokość szczytu. Posągowy palec Balmata wskazuje wierzchołek masywu. Zobaczyliśmy go dopiero rano, rozświetlony słońcem… za to wprost z naszych łóżek! Silny wiatr, wiejący prawie 4 tysiące metrów nad nami, zdmuchiwał śnieg ze szczytów. Potężne wierzchołki wypuszczały w niebo gęsty, biały dym. W dolinie słońce wschodzi nieco później. Chamonix leży w samym środku, ze wszystkich stron otoczone wyciągami narciarskimi - z jednej strony kolejka na Aiguille du Midi, z drugiej pasmo Brévent-Flégére. Z centrum narciarzy rozwożą też busy do stacji w pobliskich Argentiere, Le Tour i Les Houches. Dlatego panuje tu specyficzny klimat. Od wczesnego rana do wieczora uliczkami przechadzają się narciarze i snowboardziści ze sprzętem pod pachą (nawet po północy można jeszcze spotkać kogoś w butach narciarskich…). My również w drodze na stok "zaparkowaliśmy" deski przed kultowym barem Moyo's przy placu Balmata. Ciepłe kanapki i kawa przy świeżym i mroźnym powietrzu na ponad tysiącu metrów smakują niebiańsko. Dopiero po 10.00 do centrum Chamonix zaczyna wdzierać się słońce. Robi się ciepło i przyjemnie. Kuszą nas ulice wzdłuż, których ciągną się pasaże gęsto utkane sklepami, wszystkich najlepszych światowych firm z zimowym sprzętem i ubraniami. Zostawiamy to na inną okazję. Nie ma co marnować takiej pogody. Ruszamy w stronę Brévent-Flégére. To masyw vis-a-vis Aiguille du Midi. Najwyższa stacja kolejki, karkołomnie przyklejona do skały powstała zupełnie niedawno. Ze szczytu Brévent, na wysokości 2525 m n.p.m., rozpościera się najpiękniejszy widok na Mont-Blanc. Zapiera dech w piersiach. Dlatego utknęliśmy na górze na dobre pół godziny. Dopiero mroźny wiatr zdołał nas stamtąd przegonić. 57 kilometrów tras, które obsługuje 15 wyciągów, w zupełności wystarcza na całodzienną jazdę. Choć jeśli chodzi o trasy, to naszym zdaniem, ich długość ma się nijak do tego, co podają w broszurach. W Brévent trasy są wyznaczone "dla picu"! Większość z nich to wąskie nartostrady, a wszędzie dookoła wielkie połacie śniegu, nieprzygotowane przez ratraki i armatki, gdzie ruch panuje większy niż na samych trasach. Bo w Chamonix poza trasami, w puchu i po muldach, jeżdżą prawie wszyscy - młodzi i starsi, duzi i mali… Tutaj to nie rarytas zarezerwowany wyłącznie dla wytrawnych narciarzy. Dla bezpieczeństwa jednak część tras jest całkiem zagrodzona. Zagrożenie lawinowe w Chamonix sięgało bowiem dzisiaj 4 stopnia. A prognozy na jutro są jeszcze bardziej niepokojące. Podobno nadchodzą burze śnieżne. Wszyscy przewodnicy zdecydowanie odradzają wybieranie się jutro w wyższe partie gór. Wygląda na to, że się sprawdza. Już po południu szczyty pokryły gęste chmury. Teraz jest 23, siedzimy sobie w knajpce, wcinając francuski specjał: zupę cebulową z wyjątkowo śmierdzącym serem, a za oknem hula już wiatr i ostro zacina śnieg. Jeżeli burza nie ustąpi, jutro wybierzemy się na niżej położone stoki. Część dnia zarezerwujemy też na poszukiwania przewodnika, który poprowadzi nas w dół ze szczytu Aiguille du Midi.
piątek, 26 lutego 2010
Chamonix Tour 2010 ruszyło!
Długo czekaliśmy na tę chwilę. Startujemy z Krakowa. Lecimy z Brussels Airlines. Klasa b.flex economy + okazuje się szalenie pojemna. Po ostatnim, nieco nerwowym przepakowywaniu i wypakowywaniu, na lotnisku, cały nasz sprzęt i bagaże, bez problemu mieszczą się w zadeklarowanych 20 kilogramach od łebka. A jeszcze sporo zapasu zostaje w bagażu podręcznym. Przyda się w dalszej drodze, na pomieszczenie zapasów kolorowych płynów, które zamierzamy kupić podczas trzygodzinnego międzylądowania w Brukseli. Docieramy tam po zaledwie dwugodzinnym locie. Przed nami Genewa. Już w marcu Brussels Airlines uruchamia tam z Krakowa promocyjne połączenia. Ze szwajcarskiego lotniska do Chamonix zawieść ma nas bus (podobno 20-25 EUR za osobę). Nasz hotel mieści w samym centrum miasteczka, zaledwie 100 metrów od wyciągu na Aiguille du Midi. Zobaczymy…
Wyruszamy z Lotniska im Jana Pawła II w Balicach - głównego partnera wyprawy
Czułe pożegnania na lotnisku w Balicach (akwarium w strefie odlotów terminala miedzynarodowego) - to nie fotomontaż :)
sobota, 20 lutego 2010
Ruszamy 26 lutego!
Kierunek Alpy Sabaudzkie. Cel Chamonix, dolina rozciągnięta u stóp masywu Mont-Blanc. To jedyny ośrodek we Francji zaliczony do prestiżowego klubu "Best of the Alps" - klasyki, tworzącej antologię historii sportów zimowych. Zwabieni jego legendą, wyruszamy do mekki narciarzy i snowboardzistów. Czym powita nas światowe centrum freeridingu? Podobno nie ma tu łatwych tras dla kombatantów. Wśród skał, śniegów i lodów najwyższych szczytów alpejskich, spędzimy siedem długich dni i nocy. O wszystkim co w tym czasie się tam wydarzy, co zobaczymy, a także zjemy i wypijemy, będziemy opowiadać na bieżąco. Przyłącz się do Chamonix Tour 2010. Odwiedzaj nas codziennie. Czytaj, komentuj, przeglądaj zdjęcia.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Chamonix Tour'10 powerd by Kraków Airport
Główni partnerzy
Linki
O nas
Podróżuj z Gazeta.pl
Video
Wspierają nas
Znostań naszym fanem na Facebook
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||